• STRONA GŁÓWNA
  • O MNIE
  • KSIĄŻKI
    • Danina krwi
    • Do trzech razy śmierć
    • Trylogia "Demoniczny pakt"
    • Fanowskie
  • BLOG
    • Co piszę
    • Co czytam
    • Co oglądam
  • INSPIRACJE
  • KONTAKT
facebook twitter instagram Email youtube

Wyrwane z wyobraźni

 

Co by było, gdybyś musiała rozwikłać zagadkę morderstwa człowieka, którego śmierci sama pragnęłaś?

🌔 Wygnana wampirzyca.

🌔 Martwy władca.

🌔 Tajemnice, które powinny pozostać ukryte w podziemiach Społeczeństwa.

🌔 I prawda, która może kosztować więcej niż życie.


Danina krwi to urban fantasy z elementami kryminału, tajemnicy i mrocznej intrygi.

Jeśli lubisz:

🩸 wampiry

🩸 zagadki kryminalne

🩸 moralnie szarych bohaterów

🩸 sekrety i polityczne intrygi

🩸 nieoczywiste relacje

to ta historia może być dla Ciebie.


OPIS OD WYDAWCY:

Pięćdziesiąt lat temu Anastazja otrzymała od Krwawego Księżyca dar… lecz ten okazał się przekleństwem. Krótka chwila wystarczyła, aby jej moc zmieniła się w narzędzie zemsty. Ona sama zaś została skazana na wygnanie.

Teraz wraca do Społeczeństwa – schronienia dla nocnych istot – bo ktoś zabił jej stwórcę, którego nazywała „Ojcem”. Aby odkryć prawdę, Anastazja musi stawić czoło własnej przeszłości i mrocznym tajemnicom skrywanym w podziemiach Społeczeństwa. W ślad za nią podąża Damien – cień dawnych wydarzeń. Zagadkowy towarzysz równie dobrze może ocalić jej życie, jak i je odebrać.

Prawda jest coraz bliżej, ale czy Anastazja jest gotowa, by ją poznać?

A Krwawy Księżyc patrzy i uśmiecha się, jakby znał przyszłość… Czeka na kolejny bal na swoją cześć.

Dla kogo jest ta książka?

Dla czytelników, którzy lubią historie w stylu:

  • mroczne urban fantasy,
  • tajemnice z przeszłości,
  • bohaterów podejmujących trudne decyzje,
  • światy, w których dobro i zło nie są czarno-białe,
  • slow-burn romans.

Gdzie kupić?


        





Share
Tweet
Pin
Share
No Comments

                              

Lan Wangji

Przewrócił kolejną stronę dokumentu, pobieżnie przeglądając artykuł po raz drugi. Nie umiał ocenić, na ile nowa informacja ma znaczenie dla obecnej sprawy. Prowadzą śledztwo w sprawie samobójstw dziewcząt, nie wiąże się ono w żaden sposób z zaginięciami sprzed pięciu laty. Jednak jego dawny profesor zna Xiao Xingchena. To wystarczyło. Rozmowa z nim może rzucić nowe światło na dotychczas dowody i zweryfikować podstawowe założenia śledztwa.

Lan Wangji zerknął w kierunku gabinetu Wei Wuxiana, w którym nadal paliło się światło. Planował od razu przekazać mu nowe informacje, ale nie pamiętał, czy z gabinetu wyszła A—Qing. Sprawdził godzinę.

Przetarł zaczerwienione i przesuszone oczy, po czym znowu zweryfikował godzinę. Według jego zegarka zbliżała się godzina osiemnasta. To niemożliwe, żeby się tak mocno skupił na pracy. Zawsze pochłaniały go długie sesje nauki i medytacje, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by całkowicie oddał się jednej czynności i zignorował otaczający go świat.

Pozostali pracownicy już wyszli. Światło paliło się tylko nad jego biurkiem.

Lan Wangji wstał. Strzeliło mu w kościach, więc rozciągnął się na stojąco. Czuł, jak bardzo ma zdrętwiałą szyję. Nie umiał nią właściwie poruszyć. Patrzył na notatki, trzymając głowę w dół, więc nie powinien się dziwić, że go boli.

Przeszedł się po pomieszczeniu, zastanawiając, czy nie byłoby lepiej, gdyby wrócił do domu i trochę odpoczął. Jutro też jest dzień, a czuł się wykończony dzisiejszą pracą.

Dopił do końca kawę, którą zakupił wcześniej. Nie pamiętał, od kiedy stała przy komputerze. Wystygła, zgorzkniała, przypominała syf, jakby ktoś wypłukiwał ekspres z brudów. Wątpił, że maszyna robi kawę z prawdziwych ziaren.

— Lan Zhan? — Drzwi od gabinetu Wei Wuxiana się otworzyły. — Dlaczego nie poszedłeś do domu?

Lan Wangji zerknął na piętrzące się na biurku notatki.

— Nie przesadzaj, jutro też jest dzień. — Wei Wuxian zaśmiał się.

Nigdy wcześniej tego nie dostrzegł, Wei Wuxian uśmiechał się pięknie. Nie był to jego naturalny uśmiech, fałszywie pokazywał ludziom swoją radość. Lan Wangji podejrzewał, że w ten sposób próbował ukryć swoje niepokoje, lęki i słabości. Nikt go nie podejrzał o to, że cierpi w środku. Bo jak ktoś z takim uśmiechem miałby cierpieć?

A mimo to ten uśmiech wyglądał pięknie. Nie wiedział, dlaczego tak sądzi. Rzadko uznawał coś za piękne, a nawet jeśli to miało miejsce, to dotyczyło to sztuki, nie drugiego człowieka.

— Ty też zostałeś — zwrócił mu uwagę Lan Wangji.

Wei Wuxian znów się zaśmiał.

— Przyłapałeś mnie, Lan Zhan. — Rozejrzał się po biurze. — Faktycznie obaj się zasiedzieliśmy.

Przybliżył się, światło jednej z zapalonych lamp padło na mężczyznę. Wychodząc, pozostali członkowie zgasili światła nad swoimi stanowiskami, więc w pomieszczeniu zrobiło się szarawo, nie ciemno, bo jeszcze paliło się nad Lan Wangji. I to właśnie ta lampa sprawiła, że przyjrzał się dokładnie obliczu Wei Wuxiana.

Wyglądał mizernie, z podkrążonymi, do tego zaczerwienionymi oczami. Skóra była wyschnięta, nienawilżona. Widać, że nie pił od wielu godzin. Do tego doszło nieobecne spojrzenie. Patrzył na Lan Wangji, a jednocześnie nie zdawał sobie sprawy, z kim rozmawia.

— Odprowadzić cię do domu? — zaproponował Lan Wangji. Zaskoczył tą propozycją nawet siebie.

Wei Wuxian otworzył szeroko oczy ze zdziwienia.

— Gdyby taka propozycja padła z ust innego mężczyzny, to bym pomyślał…

— Nie! — przerwał mu Lan Wangji. Odwrócił wzrok. Zarumienił się. Nie wierzył w to, jak niekontrolowanie wyszły słowa przez jego usta. Nie zdarzyło mu się to nigdy wcześniej. To na pewno przez zmęczenie. — Proszę, zapomnij.

— Tak, tak, jasne. — Odetchnął głębiej. — Przepraszam. Tylko mi jedno w głowie na to wygląda.

Lan Wangji pokręcił głową. Nie zgadzał się z tym stwierdzeniem. Poznał wystarczająco Wei Wuxiana, żeby wiedzieć, że mężczyzna taki nie jest. Niewątpliwie interesowali go mężczyźni, ale jego upodobania nie przeszkadzały w pracy czy w codziennym funkcjonowaniu.

— Może jeśli kogoś sobie znajdziesz, plotki ustaną — zasugerował Lan Wangji.

Wei Wuxian usiadł przeciwko niego, zabierając krzesło od nieobecnego współpracownika.

— Wow! — Pokręcił głową. — Lan Zhan, co się zmieniło? Bo… Bo sądziłem, że będziesz z jednych, którzy sprzeciwią się mojej… naturze. — Zastanowił się nad właściwym słowem. — Naprawdę nie masz nic przeciwko?

Westchnął.

— Nie uznaję tego za właściwe, ale będę potępiał z tego powodu.

— Wow, wow, wow… — Przysunął się jeszcze bliżej. — Zaskoczyłeś mnie. Nie spodziewałbym się czegoś takiego po paniczu Lan.

— Nie nazywaj mnie tak.

— Oj, daj spokój. — Machnął od niechcenia ręką. — Każdy nazywa cię paniczem Lan.

— Nie każdy — powiedział na swoją obronę.

— Paniczu Lan, każdy. Dosłownie każdy widzi w tobie panicza z dobrego domu.

— Nie — zaprzeczył znowu.

— Powiedz… — Wei Wuxian pochylił się nad biurkiem. — Jak to jest być „paniczem“? Nie zaprzeczysz, że widzisz różnice. Zawsze widziałeś ludzi za gorszych od siebie.

Lan Wangji odetchnął na spokojnie. Próbował zachować cierpliwość, a Wei Wuxian mu to uniemożliwiał. Prawie cofnął to, co wcześniej powiedział o tym, że nie przeszkadza mu odmienność jego przełożonego. Pomimo wzrastającej w nim złości, zastanowił się nad odpowiedzią. Widział ludzi inaczej. Jak ojciec mu zawsze powtarzał, traktował innych tak, jak byli tego warci. Wartość określał poprzez analizę, jaki wkład mogą włożyć w przyszłość i rozwój rodu Lan. Stąd z niewieloma osobami Lan Wangji zawierał znajomości.

— Ludzie mnie nienawidzą — stwierdził po chwili Lan Wangji.

— Nie nienawidzą — zapewnił go Wei Wuxian. — Nie znają cię. Opierają się na przypuszczeniach, bo ciężko do ciebie dotrzeć. A jak już się otwierasz, to wypływa coś, czego nie chcą widzieć.

— Nie chcę fałszywej aprobaty.

— Nikt nie chce. Ale musisz rozróżnić prawdziwą przyjaźń, prawdziwe relacje od tych fałszywych. Przez to, że odrzucasz wszystkie w obawie przed fałszywymi, uciekasz przed relacjami, którego mogłyby się wydarzyć, ale nie mają miejsca, bo boisz się.

— Nie boję… — urwał. Nie bał się, podążał za słowami i mądrościami ojca, których nigdy nie podważał, ale czy na pewno warto ludzi kategoryzować na tych, którzy przynoszą korzyść i na tych, którzy są zbędni?

Lan Wangji spakował rzeczy do torby i zamówił taksówkę. Nie dał Wei Wuxianowi jednoznacznej odpowiedzi. Ta rozmowa już go wykańczała, więc zebrał się i wyszedł, pozostawiając swojego przełożonego samego w biurze.

Nawet jak już dotarł przed budynek, widział, że w pomieszczeniu nadal pali się słabe światło. Wei Wuxian nie wyszedł, dalej pracował. Lan Wangji zawahał się. Nie wiedział, jak Wei Wuxian odbierze chęć pomocy.

— Wchodzi panicz czy nie? — obcy człowiek nazwał go „paniczem“.

Wszedł do środka. A więc Wei Wuxian się nie mylił.


***


Z samego rana nie zamówił taksówki. Potrzebował odświeżyć umysł przed pracą. Zalegało w nim tak wiele myśli. Czuł się ospały i otępiały i nie z powodu nieprzespanej nocy, spał naprawdę dobrze, ale śniło mu się wiele rzeczy, o których już zapomniał.

Pogoda zaskoczyła jednodniowym ociepleniem, słońcem i brakiem wiatru. Lan Wangji uznał to za znak, że słusznie postąpił, wybierając się na spacer. Ubrał najlepsze i najwygodniejsze buty, kiedy policzył, że spacer na komisariat zajmie mu trochę ponad godzinę. Zerknął na zegarek. Dochodziła szósta. Zdąży.

Ruszył pewnym i zdeterminowanym krokiem. Ćwiczył kiedyś dużo w szkole, potem też na studiach uprawiał sztuki walki, głównie walkę mieczem, choć zahaczył i o kung-fu, lecz od około roku zaniedbał swoje ciało. Czuł wyraźne osłabienie formy. Już po dwudziestominutowym spacerze zatrzymał się na chwilę odpoczynku obok ukrytego między budynkami targu. Starsze kobiety przekrzykiwały się jedna po drugiej, negocjując ceny wystawionych warzyw. Obok nich dziadek sprzedawał świeżo robione bułeczki warzywne. Wyraźny aromat unosił się dookoła, kusząc nawet podniebienie panicza Lan.

Zaprzeczając samemu sobie, podszedł bliżej. Zawiesił wzrok na parujących bułeczkach wystawionych na ladę. Sprzedawca podmuchał wachlarzem, kusząc Lan Wangji jeszcze mocniej. Sięgnął po jednorazowy woreczek i szczypce, którymi chwycił jedną z bułeczek.

— To ile dla panicza? — zapytał. — Mam najlepsze bułki na targu.

— Dobrze gada! — krzyknęła jakaś kobieta z boku. — Polecam bułki tego starucha.

— Aj! Zamknij się, kobieto. A panicz niech bierze, dobre na początek dnia.

Lan Wangji usłyszał, jak mu burczy w brzuchu. Wyszedł bez śniadania i nie pokusił się nawet o to, by wziąć coś ze sobą do pracy. A szykował się długi dzień.

— Poproszę trzy — powiedział.

— Aj, panicz to ma taki łagodny głos. Słychać, że to panicz. — Nałożył bułki do worka. — Coś jeszcze? — Podał je policjantowi.

Lan Wangji odruchowo chciał powiedzieć „nie“, ale zauważył drugie bułeczki: wypełnione mięsem i ostrym sosem. Od samego patrzenia na sos oczy mu łzami.

— Czy te bułeczki są dobre? — Wskazał na ostre.

Sprzedawca zamrugał ze zdziwienia.

— Wypali podniebienie panicza, że aż wzniesie się panicz do samych niebios. Polecam, ostre, ale nie wiem, czy to pasuje paniczowi. — Szczerze się zastanawiał. — Może polecę…

— Poproszę trzy w oddzielnym woreczku — odpowiedział, zanim sprzedawca dokończył.

Tym razem bez gadania sprzedawca zapakował bułeczki. Lan Wangji zapłacił, nie biorąc ze sobą reszty. Sprzedawca wyszczerzył zęby. Brakowało mu dwóch przednich zębów, a siekacze to miał całe żółte.

— Zapraszam codziennie. Paniczowi na pewno posmakują, więc zapraszam.

Lan Wangji podziękował. Skoro targ był w drodze do pracy to rzeczywiście mógłby częściej kupować bułeczki na śniadanie. Niewiele kosztowały, a były pożywne i zapychające żołądek.

Dalszą drogę odbył bez większych przystanków, docierając pod budynek policji prowincjonalnej po siódmej. Sapnął ciężko ze zmęczenia i wkroczył do środka, zastając biegających wszędzie policjantów. Recepcjonistka, której nadal nie akceptował przez wzgląd na ubiór, podała mu list zaadresowany do Wei Wuxiana, prosząc, by zostawił go u niego na biurku. Wróciła do segregowania stosów poczty, a w międzyczasie przyjęła interesantów, którzy domagali się wizyty u komendanta. Nie wiedział, co się wydarzyło, ale podejrzewał groźny wypadek bądź zamach, skoro tyle ludzi znalazło się na komisariacie.

Przybył do biura jako pierwszy — z listem pod pachą i dwoma workami aromatycznych bułeczek. Swoją porcję zostawił na biurku, z resztą udał się do gabinetu Wei Wuxiana. Zapukał. Nikt mu nie odpowiedział. Pociągnął za klamkę. Okazało się, że przełożony nie zamknął drzwi na noc.

Lan Wangji wszedł do środka, zostawiając list. Bułki odłożył na talerz, który i tak stał na biurku. A potem odszedł na śniadanie. Póki nikogo nie ma, zje w ciszy i spokoju. I nikt nie zwróci uwagi na to, że on i Wei Wuxian mieli bułeczki z tego samego źródła.



Share
Tweet
Pin
Share
1 Comments

                             

Wei Wuxian

Wyczekiwał reakcji Jiang Chenga, a ta nie nadchodziła, choć znał aż za dobrze swojego przybranego brata. Nie umiał trzymać emocji na wodzy. Poruszała go najmniejsza rzecz, złościło  wszystko dookoła. Na widok Yanli nie zdołałby utrzymać łez, a jednak patrzył na Lan Liyan beznamiętnie, jakby była jedną z nieznaczących osób, które napatoczyły się na niego w drodze do pracy.

— Kim ona jest? — zapytał Jiang Cheng odrobinę surowym tonem, na którego dźwięk część członków wydziału schowała się za monitor.

Wstał tylko Lan Wangji. Położył dłoń na ramieniu Liyan i krótko wyjaśnił:

— To moja kuzynka. Złożyła zeznanie w sprawie samobójstw.

— Kuzy… — zająknął się i urwał. Pokręcił głową zmieszany. — A gdzie jest A—Qing? — zmienił temat, rozglądając się po biurze. Tym razem wyglądało to tak, że robi wszystko, aby tylko uniknąć spojrzenia Liyan.

— Nie przyszła jeszcze do pracy. — Z wyjaśnieniami znowu ruszył Lan Wangji.

— Jak to nie przyszła do pracy? Już prawie jedenasta. — Sprawdził zegarek. — Cholera, to już jedenasta, co ona sobie myśli?! — Niepotrzebnie podniósł głos.

Liyan zmieszała się. Opuściła wstydliwie głowę. Wystraszyła się gwałtownej i nieco agresywnej reakcji Jiang Chenga.

— Nie, nie, przepraszam — zmieszał się śledczy. — To nie twoja wina, mam problemy z agresją.

Dwóch pracowników wydziału aż wyjrzało znad ekranów ze zdziwienia. Nikt nigdy wcześniej nie słyszał, żeby Jiang Cheng przyznał się do posiadania problemów z agresją. Zazwyczaj tylko krzyczał, ewentualnie zrzucał odpowiedzialność za swoje zachowanie na innych, nigdy nie przyznawał się do błędu i bezsprzecznie nikogo dotąd nie przeprosił.

Jego zachowanie sprawiło, że Wei Wuxian potwierdził swoje obawy. Lan Liyan to rzeczywiście ich zaginiona siostra. Postąpił niewłaściwie, mieszając w to Jiang Chenga. Skrzywdził go emocjonalnie, a wszystko po to, żeby zaspokoić własne ego. A jednocześne duma go rozpierała. Miał rację. Wszyscy wmawiali Wei Wuxianowi, że żyje mrzonkami, że seryjny morderca sprzed lat zabił Yanli i zwyczajnie nikt do tej pory nie odnalazł jej ciała.

Słyszał niejednokrotnie: „Czas ruszyć do przodu. Całe życie przed tobą. Nie marnuj życia.“ Ten głos odbijał się echem w jego myślach niejednokrotnie, ale mimo jego obecności wciąż się nie poddawał i walczył o to, by pewnego dnia Yanli wróciła do domu.

Może to nastąpi prędzej niż później?

Jiang Cheng nagle zabrał dokumenty z biurka A—Qing i poleciał do gabinetu Wei Wuxiana. Wparował do środka bez zaproszenia. Zatrzasnął drzwi, a następnie odczekał chwilę. Zacisnął powieki, zębami zazgrzytał, z trudem powstrzymując się od krzyku.

Wei Wuxian czekał cierpliwie, bo już wiedział, co nastąpi.

Usiadł przy biurku i rozłożył notatki dotyczące życia Lan Liyan, z których dowiedział się, że dziewczyna istnieje od pięciu lat. Co się działo przed tym okresem było owiane tajemnicą i niepotwierdzonymi informacjami.

— To ją zaczepiłeś w szkole? — wycedził Jiang Cheng.

Wei Wuxian spojrzał na fotografię przedstawiającą dawnym członków wydziału, w tym jego rodziców.

— Tak, to Lan Liyan.

— Dlaczego? — Jiang Cheng odwrócił się. — Dlaczego ona wygląda…

—… jak Yanli? — dokończył za niego. — To Yanli. Wierzę, że to ona.

— Jasne. — Zaśmiał się. — To przypadek.

Rzucił przyrodniemu bratu dokumentację. Złapał ją w powietrzu i otworzył teczkę na pierwszej stronie. Zamarł na widok zdjęcia Liyan. Miał już rzucić jakimś komentarzem, gdy jego uwagę przykuła informacja o tym, że ktoś usłyszał o istnieniu tej domniemanej kuzynce Lan dopiero pięć lat temu. Przeglądał dalej — jedne strony pobieżnie, drugie wnikliwie. Znalazły się i takie, które celowo pominął. Dotarł do końca i dopiero wtedy zapytał:

— Co to ma znaczyć? Rodzina Lan porwała Yanli?

— Nie wiem. Nie będę rzucać oskarżeniami — powiedział zgodnie ze swoimi przekonaniami Wei Wuxian. Za tym wszystkim mogła stać zupełnie inna historia.

— Ale nosi nazwisko Lan?

— Żyje w dobrych warunkach, nawet bardzo dobrych. Nikt jej nie więzi. Chodzi normalnie do szkoły. Lan Wangji troskliwie się nią opiekuję, wierzę, że Lan Qiren także.

— Ale to nadal Yanli… — Głos mu się załamał. Nie rozpłakał się, choć niewiele mu do tego brakowało. Przetarł wilgotne oczy i wziął głębszy wdech. — Czy jest czegokolwiek świadoma?

— Domyśla się. — Wei Wuxian podrapał się po włosach. Popełnił błąd, kiedy naskoczył na nią w szkole. — Zdradziłem jej imię Yanli, a potem dostała ten list.

— Jaki list? — zainteresował się Jiang Cheng. — Musimy złapać bydlaka! — zabrzmiał jak prawdziwy on. To brat, którego zna.

— Podejrzewamy, że list przekazał jej ten sprawca, który stał za samobójstwem dziewczyn ze szkoły.

— Musimy go natychmiast złapać!

Usiadł i uderzył się w prawe udo, a potem zabrał się za przeglądanie notatek, które wcześniej rzucił na biurko A—Qing i które ze sobą zabrał. Wyjął jedną z kartek i podał ją Wei Wuxianowi.

— Znalazłem coś interesującego — powiedział, pokazując na zamazany na żółto fragment. — Xiao Xingcheng nie pracuje długo w szkole, w ogóle nie jest długo nauczycielem. Był profesorem uniwersyteckim.

Wei Wuxian rozpoznał stronę, był to screen strony internetowej Uniwersytetu Hefei. Według niej, dawniej Xiao Xingchen prowadził badania dotyczące tworzenia profili sprawców. Do jednego z jego artykułów współtworzonych z profesorem Song prowadził link.

— Profesorowie nie rezygnują ot tak ze swoich stanowisk — doszedł do luźnego wniosku Wei Wuxian.

— Nie dotarłem do innych informacji. Jak dobrze wiesz, A—Qing dalej nie ma w pracy! — Założył ręce na piersi i oparł się leniwie o fotel. — Głupia! — fuknął. — A niech ma jakieś prywatne sprawy, ale niech chociaż kogoś poinformuje.

— Dzwoniłem do niej i pisałam. Zero reakcji. Może coś jej się stało? — pomyślał o tym dopiero teraz. Wypadki miały miejsce na porządku dziennym. Istniała szansa, że A—Qing coś się stało w drodze do pracy.

— Wątpię. — Jiang Cheng zabrał ze sobą dokumenty. — Ta dziewczyna sprawia kłopoty innym. Jej się zawsze wszystko udaje.

— Ej, zagalopowałeś się — zwrócił mu uwagę. Wszyscy już się przyzwyczaili do zachowania Jiang Chenga, ale Wei Wuxian nie będzie tolerował tego typu komentarzy. Są one nieodpowiednie.

— Tak, tak, jestem jedyny, który to powie na głos, ale taka prawda. Ta dziewczyna sprowadza na innych kłopoty. Zawsze jakoś się wykaraska, a inni kończą z problemami. Pamiętasz sprawę ze swoim synkiem.

Wei Wuxian zmarszczył czoło. Minęło już tyle czasu, a Jiang Cheng nadal się nie nauczył imienia.

— A—Yuan — przypomniał mu.

— Niech tak będzie. Ech, zawsze się czepiasz.

To nie tak, że Jiang Cheng nie tolerował małego A—Yuana, wręcz przeciwnie, darzył chłopca cichą miłością, nie okazywał po prostu zbyt wielu uczuć. Chodziło mu o Wei Wuxiana i jego niemoralne, według większości społeczeństwa i rządu Republiki Chin, preferencje. Jiang Cheng dotąd mu nie wybaczył, że nie znalazł sobie żony i matki dla dziecka, tylko nadal poszukiwał męskiej miłości.

— Ale wracając do tematu, zapomniałeś już, jak A—Qing zostawiła w domu otwarty komputer i jej chłopak przejrzał dane, a potem był wyciek do prasy? Jestem przekonany, że ten chłopak był niewinny. To A—Qing zrzuciła na niego całą winę, a tak naprawdę jednocześnie grała i pracowała i ktoś z jej znajomych wykorzystał informacje.

— Tak, tak, wiem, jest geniuszem, ale za dużo gra —przyznał mu rację. Dziewczyna ułatwiała im pracę wiele razy. Dokopywała się do informacji, do których nikt inny nie potrafił, ale ciężko się z nią rozmawiało i miała alergię na wszelkie zasady. W tym tempie nie uratuje jej przed zwolnieniem. — Porozmawiam z nią na poważnie, jak tylko przyjdzie — obiecał.

— Postaw jej ultimatum.

— To jej pierwsze spóźnienie.

— Tak poważne spóźnienie.

— Nie wymagam klikania się jak w zegarku — oburzył się. — To praca, nie obóz pracy. I tak pracujemy w trudnych warunkach, więc naprawdę nikomu nie potrzeba więcej dyscypliny.

— Wiem, wspieram tę ideę, ale…

— W tej sprawie chodzi o Yanli, prawda? — Wei Wuxian zrozumiał. Wystarczyło, że w sprawę została wmieszana zaginiona siostra i Jiang Cheng od razu tracił głowę. A wcześniej tak bardzo się upierał przy tym, by zostawić sprawę zaginięcia Yanli.

Jiang Cheng zacisnął pięść. Uderzył nią w oparcie, odwrócił się i wyszedł.

Nastała przyjemna cisza. Wei Wuxian odchylił się na fotelu i zerknął w sufit, rozmyślając o Yanli i rodzinie Lan, szanowanej rodzinie, która dała Chinom wspaniałych policjantów. Nie pasowało do nich porwanie.

Wei Wuxian wstał. Spojrzał na wiszące zdjęcie, na zniszczoną ramkę, którą skleił najtańszym klejem ze sklepu całodobowego, i na twarz swojej mamy. Mistrz Jiang często wspominał, że to właśnie po niej Wei Wuxian odziedziczył ten uśmiech, lecz prawda była taka, że Wei Wuxian nie widział tego podobieństwa. Powiedziałby nawet, że w niczym nie przypominał drogiej matki, a wiele razy przyglądał się własnemu odbiciu i temu zdjęciu. Może to wynikało z tego, że fotografię wydrukowano niewyraźną? Najprawdopodobniej nigdy się nie dowie, bo większość zdjęć mamy przepadła.

Zaśmiał się żałośnie.

Sprowadzał na wszystkich, na których mu zależało, nieszczęście i śmierć. To właśnie on. Wei Wuxian. Demoniczny Patriarcha.


Lan Wangji

Odprowadził Lan Liyan pod same drzwi. Wuj powitał go i pożegnał pełnym rozgoryczenia i zawodu spojrzeniem. Gdyby nie znajdowali się na komisariacie, dawno by go skrzyczał i potraktował giętką gałązką. W obecności tak wielu ludzi, szczególnie znanych ludzi, z którymi do nie tak dawna Lan Qiren pracował, nie odważył się podnieść ręki.

Lan Wangji powrócił go pokoju wydziału. Wszyscy zrobili sobie przerwę. Zerknął na zegarek wiszący nad stanowiskiem A—Qing. Minęła dwunasta i nie wykonał tego dnia jeszcze żadnych prac. Pochylił się nad zgromadzonymi notatkami. Nie usatysfakcjonowały go. Nie oznaczały nic konkretnego. Tyle, że w liceum w Hefei grasuje nieprzewidywalny i bardzo inteligenty przestępca, na którego nic nie mają. Dowody same się nie pojawią. Potrzebowali pomocy A—Qing, od tego zależało bezpieczeństwo Lan Liyan.

Nagle drzwi od wydziału otworzyły się. Na Lan Wangji padło zmęczone, załzawione spojrzenie, pojawiło się w nim też odrobinę rozgoryczenia na widok niekoniecznie lubianego współpracownika. Lan Wangji był świadomy, że ludzie nie darzą go sympatią, ale nie przepadał za sytuacjami, kiedy to wpływało na jakość pracy.

— Spóźniłaś się — zwrócił jej uwagę.

Dziewczyna rzuciła torbę o biurko. Syknęła gniewnie, a potem przewróciła klawiaturę na drugą stronę. Myszkę zgubiła w tym całym zamieszaniu. Przeklęła, szukając jej najpierw pod torbą, a potem po szufladach. Lan Wangji widział ją za monitorem, ale nie odważył się zwrócić jej uwagi. A—Qing była wściekła, wylewała swoją złość na wszystkich i wszystko, co napotkała. W końcu zobaczyła myszkę. Przeklęła pod nosem. Nie wypada, żeby w ten sposób odzywała się kobieta. W zasadzie nikomu nie wypada.

— Potrzebuję raportów — powiedział Lan Wangji, kiedy wyglądało, że sytuacja odrobinę się uspokoiła.

A—Qing wstrzymała powietrze. Zamknęła na moment oczy, uspokajając zszargane nerwy. Nie dała się ponieść emocjom. Usiadła, wyjęła coś do jedzenia i zabrała się do pracy w milczeniu. Nie odpowiedziała Lan Wangji.

— Jiang Cheng wcześniej cię szukał. Przyniósł ci dokumenty, ale zabrał je ze sobą, gdy cię nie zastał.

Uderzyła w stół. Okręciła się na fotelu obrotowym i syknęła przez zaciśnięte zęby:

— Czy ty masz coś do mnie?

— Nie. — Lan Wangji nie zrozumiał pytania. — Próbuję rozwiązać sprawę.

— Nic dziwnego, że wszyscy cię nienawidzą.

— Dalej tego nie rozumiem. — Potwierdził swoje przypuszczenia, a jednocześnie nie sądził, że nie to chodzi sympatię, a o zwyczajną nienawiść. — Próbuję wykonać swoją pracę.

— Na demony! — krzyknęła. — Dobrze, czego chcesz? — Odsunęła na bok opakowanie po żelkach.

— Informacji o Xiao Xingchenie.

Jej oblicze zrobiło się łagodniejsze, potem A—Qing wydawała się przerażona. Zaczęła rozglądać się po swoim biurku, oby tylko nie patrzeć na Lan Wangji.

— Dlaczego o nim? — zapytała w końcu.

— Jest głównym podejrzanym — odpowiedział jej wprost. Wszyscy w wydziale już o tym wiedzieli. — Czy jest jakiś problem?

A—Qing zacisnęła usta w wąską linijkę. Zastanowiła się, lecz nie długo, bo po kilku minutach odparła:

— Daj mi pół godziny.

Zgodził się kiwnięciem. Pół godziny go nie zbawi, a skoro A—Qing potrzebowała tyle czasu, to uwierzył jej. Postanowił, że wykorzysta ten czas na przeanalizowanie innych poszlak. Technicy skończyli twój raport z miejsca zbrodni. Nic nie wskazywało na obecność osób trzecich, ale to nie oznaczało, że dziewczyny nie zostawiły po sobie jakiegoś śladu.

Przejrzał raport. Nic w nim nie znalazł, pół godziny minęło szybko, wręcz za szybko. Przetarł zaczerwienione, przesuszone oczy i rozłożył się na fotelu, czując, że boli go szyja od ciągłego trzymania głowy w dole.

Nagle A—Qing rzuciła przed nim stos dokumentów. Uśmiechnęła się chytrze i odeszła tak samo jak przyszła, zamykając się w gabinecie Wei Wuxiana. To dobrze, że poszła do swojego przełożonego z wyjaśnieniami.

Lan Wangji podjął pierwszy z dokumentów. Wyglądało na to, że wszystkie dotyczyły osoby Xiao Xingchena. Był to uczony, który zdobył wiele tytułów na uniwersytecie w Hefei, nawet przez pewien czas wykładał w Pekinie. Wychował się w domu dziecka, prowadzonego przez siostry zakonne w wiejskiej okolicy i uczęszczał do tamtejszej szkoły. Talent do nauki wykazywał już jako dziecko, wychowawcy go chwalili, a siostry zakonne załatwiły dostęp do najlepszych szkół. Wykładanie zaczął dziesięć lat temu i w tym samym czasie zaangażował się w pomoc policji. Tworzył profile sprawców, ale pięć lat temu złożył wypowiedzenia i podjął pracę w liceum.

— Song Lan. — Lan Wangji odnalazł imię w jednym z artykułów, który dotyczył zaginięć sprzed pięciu lat. Xiao Xingchen i Song Lan pomagali policji w poszukiwaniu zaginionych dziewcząt. — To mój dawny wykładowca — zdał sobie sprawę.



Share
Tweet
Pin
Share
No Comments
Newer Posts
Older Posts

O mnie

O mnie

Historie pełne cieni, zagubionych dusz, ludzi poszukujących prawdy w nadludzkim świecie i tajemnic, które prowadzą do zapomnianych miejsc.

Napisz do nas

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Wyszukiwarka

Created with by ThemeXpose | Distributed by Blogger Templates